 |
|
|

| |
Skrajne emocje. Tak najkrócej można określić moje
wrażenia po VI Rybnik Blues Festival. Bo widzicie, kocham ten
festiwal, naprawdę. Nie pozwalam jednak aby ta miłość przysłoniła
mi jego wady. A tych niestety nieco się znalazło. Od ich opisu
też zacznę, bo chciałbym zakończyć relację w raczej optymistycznym
nastroju.
W takim razie co z tymi wadami?
Po pierwsze cena. Tegoroczna była zdecydowanie zbyt wysoka.
Za dwa dni festiwalu trzeba było zapłacić 80zł, lub 70zł jeśli
kupiło się bilet odpowiednio wcześniej (kolejno: 2x40zł i 2x35zł).
Co więcej z niepojętych dla mnie powodów zrezygnowano z biletów
szklono/studenckich. Nie pomyślano nawet aby zrekompensować
to wszystko wprowadzeniem na przykład odpowiednio tańszego biletu
dwudniowego. Próbowałem przedyskutować sprawę z bluesmanami
na forum Okolic Bluesa, ale mówiąc dosadnie zostałem "zjebany"
i odechciało mi się dalszych dyskusji.
Gdy doliczyć do powyższego dosyć nierówny rozstaw zespołów w
obu dniach, to jest trzy dnia pierwszego i cztery dnia drugiego
(przy czym cena za oba była taka sama), to sytuacja staje się
nieciekawa. Pierwszy dzień festiwalu zapełnił około jednej trzeciej
sali teatru. Wynik niezbyt imponujący.
Na koniec mógłbym jeszcze trochę pozrzędzić, że Małej Scenie
było lepiej, ale przyjąłem już do wiadomości, że festiwal tam
nie wróci, więc poniecham.
Ale z drugiej strony, tak na marginesie, z tego co pamiętam,
decyzja o przeniesieniu imprezy motywowana była powodami finansowymi,
organizacja koncertów na Małej Scenie miała być droższa, niż
w teatrze. Mimo to ceny biletów systematycznie rosną od chwili
gdy festiwal przeniósł się do - podobno tańszego - teatru. Hmm...
Okej, dosyć zrzędzenia. Teraz o tym co było fajne.
Przede wszystkim, absolutnie nieskromnie napiszę, że publiczność.
Mimo iż nieliczna, to jednak szalenie entuzjastyczna. Może nie
pierwszego dnia, który przeszedł jakoś bez szału, ale drugiego
to już inna sprawa. Szczególnie występ J. J. Band rozelektryzował
rybniczan i rozgrzał niemalże do białości.
Naprawdę dobry był tegoroczny catering. Za niezbyt wygórowaną
cenę nabyć można było naprawdę pyszne jedzenie. Co jednak ważniejsze
niepijalne piwo Rybnickie zastąpione zostało przez nieporównywalnie
lepsze Tyskie i Lech'a. Problem był tylko taki, że napojów nie
wolno wnosić na salę teatru, całe szczęście sala kameralna nie
ma takich ograniczeń i na jam session można było popiwkować.
No i chyba najważniejszy aspekt. Bliskość muzyków. Nie ma tutaj
żadnych kryjących się nie wiadomo gdzie gwiazdorów, większość
artystów można spotkać i spokojnie z nimi pogadać. Wykład Davida
Evansa z tłumaczką dał nawet możliwość porozumienia się z amerykańskim
muzykiem osobom nieoperującym językiem angielskim.
Dosyć jednak o drugorzędnych pierdołach, w końcu jak idzie się
na koncert, to dla muzyki! A jak to z nią było? A no, niestety
też różnie. Dzień pierwszy przeszedł bez szału. Celem wprowadzenia
i rozgrzania publiczności krótki występ dali gospodarze z MR.
BLUES. Koncert, jak zwykle w ich wypadku, solidny. Zaraz
po nich przyszła pora na zespół, o wiele mówiącej nazwie ACUSTIC.
Przyznam szczerze, że wynudziłem się na nich okropnie, nie przemówili
do mnie ani odrobinę. Ale w poglądzie tym mogę być odosobniony,
reszta widowni wydawała się entuzjastyczniej nastawiona do tego
tria. Następni w kolejce, bylii posiadacze oryginalnej nazwy
WHY DUCKY?, na szczęście
okazali się nieco ciekawszym doświadczeniem. Wciąż jednak brakowało
jakiejś magii, tego specyficznego bucha bluesa. Niby wszystko
zagrane jak trzeba, ale uczucia jakoś brak. Gwiazda wieczoru,
czyli JOHN LEE SANDERS
wraz ze swoim międzynarodowym THE
WORLD BLUE BAND okazali się zdecydowanie najciekawszym
punktem dnia. Ale wciąż pozostawałem daleki od zachwytu. Raz
jeszcze, niby wszystko w porządku i solidnie, ale daleki byłem
od porywów entuzjazmu. No może poza chwilami, gdy drugi klawiszowiec
raczył publikę pięknym brzmieniem swoich organów Hammonda.
Pierwszodniowe występy nie nastroiły mnie szczególnie, więc
zrezygnowałem tego dnia z Jam Session.
|
|

| |
Na rozgrzewkę zagrał zespół Mr.
Blues w składzie: Bogdan Rumiak (wokal, gitara), Czesław
Hibner (gitara), Czesław Szymala (bas), Piotr Prządka (klawisze),
Jacek Szuła (harmonijka), Marek Stokowski (perkusja). |
|

| |
Otwarcie festiwalu to występ zespołu Acustic.
Grzegorz Achtelik (gitara, wokal), Szymon Borkowski (gitara),
Jacek Szuła (harmonijka). |
|

| |
Zespół Why Ducky?
wystąpił w składzie: Stanisław Antośkiewicz (wokal, harmonijka),
Wojciech Jabłoński (saksofon tenorowy), Wiesław Moszczyński (saksofon
barytowy), Konrad Lusawa (saksofon altowy), Artur Mikołajski (klawisze),
Leszek Jakubczak (gitara), Darek Skowroński (gitara), Jan Gajewski
(bas), Jarek Gaś (perkusja). |
|

| |
Na zakjończenie dnia pierwszego wystapił: John
Lee Sanders & The World Blue Band. Skład: John Lee
Sander (wokal, klawisze, saksofon tenorowy), Frank Folgmann (gitara),
Gottfried Angerer (bas), Jan Korinek (klawisze), Jeff Boudreaux
(perkusja). |
|

Tekst: Ryan, Foto: Arkadiusz Klimczak (Rybnik City)

|
przede wszystkim, to pochwały dla Was i słowa podziękowania: Ryan, Konso, Arkadiusz Klimczak, że się Wam chce nadal coś pisać i robić, nieważne Wasze \"narzekania\", dobrze, że są, bo ostatnio posucha straszna, Paleta jamy zawiesiła, ludziom niewiele się chce (nawet komentować-pogadać tu na forum) RASMy, trzymajcie tak dalej i się tylko czasem nie poddajcie!!! pozdrawiam
Małe sprostowanie; w składzie Acustic nie ma już Rysia Kudali, zastapiłgo Szymek Borkowski. Pisałem o tym na łamach http://bluesidła.pl a i sam zespół podczas wystepu sie przedstawił, tak więc słuchał Acan Acustic czy tylko napisł o nich by napisać?
Nie było mnie pierwszego dnia a skład wpisywałem ja więc przepraszam za to przeoczenie.
|
|