Czwartego kwietnia 2008 roku w Klubie Nie odbył się długo oczekiwany
przez wszystkich fanów, pierwszy oficjalny koncert zespołu Zagrożony
Gatunek z nowym wokalistą (przypomnę tylko, że pod koniec 2007
roku z zespołu odszedł Krzysiek Szczerbaniewicz a na jego miejsce
wszedł Marcin Radko). Zespół zaczął bowiem koncertować po dość
długiej przerwie. Każdy kto zna choć troszkę historię tego zespołu,
wie że takie przerwy w ich występach miały już miejsce. Wróćmy
jednak do samego koncertu. Ja przybyłem tam ciekaw nie tylko
nowej odsłony zespołu, ale także lokal w którym odbywała się
impreza był dla mnie zupełnie nowy. Około godziny dwudziestej
rozmowy i śmiechy ucichły, chłopaki wzięli do ręki instrumenty,
a z mikrofonu można było usłyszeć przywitanie i zaproszenie
do wspólnej zabawy. Wszyscy zebrani w klubie czekali na pierwszy
utwór, aby usłyszeć Zagrożony Gatunek z nowym wokalistą. Jak
to zwykle bywa podczas takich koncertów, pierwszy numer zagrany
był zdecydowanie za głośno i co za tym idzie wszystko było niezbyt
wyraziste. Błąd ten został jednak szybko naprawiony i od drugiego
kawałka wszystko brzmiało już jak brzmieć powinno, a my mogliśmy
podziwiać świetny występ zespołu. Wiadomo, każdy kto zna Zagrożony
Gatunek, przyzwyczajony jest do Krzyśka, który nie tylko jest
autorem większości tekstów, ale też śpiewał je w charakterystyczny
dla siebie sposób. Nie można stwierdzić jednoznacznie czy Marcin
śpiewa lepiej czy gorzej. Śpiewa na pewno inaczej, inaczej też
zachowuje się na scenie, ale moim zdaniem podobnie jak Krzysiek
świetnie pasuje do tego zespołu. Zespół zagrał stare kawałki
w troszkę innej aranżacji. Jak zawsze potrafią wprowadzić niesamowity
klimat, który tym razem potęgowało oświetlenie oraz efekty dymne.
Wszystko to sprawiło, że z każdym kawałkiem pod sceną robiło
się coraz tłoczniej. Podsumowując, zespół zagrał bardzo dobry,
dynamiczny koncert, zresztą jak pamiętam to zawsze występy Zagrożonego
Gatunku były na wysokim poziomie. Warto również dodać, że lokal
w którym odbywał się koncert odznacza się całkiem niezłą akustyką
i przy dobrym zestrojeniu, nawet koncert rockowy brzmi całkiem
przyjemnie i wyraźnie. Miłym i sympatycznym gestem było przywitanie
i pozdrowienie byłego wokalisty przez obecnego i oczywiście
oklaski wszystkich zebranych.
Dziwną dla mnie sprawą był fakt, że po koncercie zaplanowany
został występ DJ'ów, który pasuje do koncertu rockowego jak
pięść do oka i oczywiście przyciąga jakże różną klientelę. No
ale to kwestia organizatora. Publiczność dopisała, i co było
widać ciepło przyjęła nowego wokalistę, co dobrze wróży na przyszłość.
A z uwagi na wcześniej wspomniany fakt występu DJ'ów, w połowie
występu zespołu zaczęli się schodzić fani "troszkę innej"
muzyki", którzy jak wiadomo nie byli zachwyceni brakiem
beatów.